• Darmo w necie

    tekst: Marcin Wojtasik, NUMA 04/2013

Najnowsze Artykuły

Jest takie powiedzenie,że w życiu nie ma nic za darmo - są tylko różne formy płatności. Otóż wydaje się, że w internecie ono nie obowiązuje. Tu dostęp do większości treści jest bezpłatny i tylko czasem wymaga obejrzenia reklam (co zazwyczaj także można obejść, używając adblocka). Właściwie - prościej przyjdzie nam odpowiedzieć na pytanie, za co w internecie płacić trzeba.


Cena e-informacji

Od dawna pojawiają się zapowiedzi, że ilość darmowych usług internetowych ma się zmienić i płatnych treści będzie coraz więcej. Pierwszym poważnym zwiastunem takiego procesu jest przeniesienie dużej ilości bezpłatnych dotąd treści (umieszczanych m.in. przez największy polski serwis informacyjny www.gazeta.pl i jego klony) do systemu płatnego dostępu Piano. Na szczęście, dotyczy to tylko części artykułów. Poza tym - akces do archiwum był w tym serwisie płatny od samego początku. Nie tylko tacy giganci ograniczają darmowy dostęp do zawartości swoich portali - robią to także autorzy mniejszych serwisów, a nawet popularni blogerzy. Przykładem może być autor najlepszego, moim zdaniem, polskiego serwisu o archeologii i paleontologii - Archeowieści (archeowiesci.pl), który jakiś czas temu ograniczył dostęp do najciekawszych artykułów. Mogą je zobaczyć tylko te osoby, które wykupiły abonament. Na zarzuty, że zmniejszy to ruch na portalu, odpowiadał, że wpływy z nawet niewielu abonamentów są większe od kwot oferowanych przez reklamodawców w zamian za największą możliwą liczbę odsłon strony. Można założyć, że im bardziej zwiększy się liczba profesjonalnych serwisów internetowych (a tym samym - będą one wymagały od swoich autorów większego nakładu pracy), tym więcej będzie takich sytuacji.

Internet dla wszystkich

Z drugiej jednak strony, można też liczyć na utrzymanie mocnej pozycji przez treści i produkty, do których dostęp z założenia jest bezpłatny. Wolne oprogramowanie stanowi obecnie realną alternatywę dla kosztownych lub nielegalnie kopiowanych programów i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić. Nie należy też spodziewać się wprowadzenia płatności za projekty utrzymywane z wolnych datków, takie jak np. Wikipedia i jej podobne strony. Powszechne udostępnianie użytkownikom darmowych treści wymusza na wielkich przedsiębiorcach internetowych dostosowywanie się do tego trendu i włączanie do swoich ofert bezpłatnych produktów. W niektórych dziedzinach stało się to standardem. Pamiętam, jak w początkach internetu normalną rzeczą było, że płaciło się za skrzynkę pocztową w sieci, i to nieraz sporo. Darmowe serwisy pocztowe z Gmailem na czele stanowiły pod tym względem prawdziwą rewolucją. Obecnie jest to całe środowisko, które nieodpłatnie oferuje swoim użytkownikom nie tylko pocztę, ale także możliwość archiwizowania i udostępniania zdjęć oraz całkiem przyzwoity i wystarczający dla nieprofesjonalnych zastosowań pakiet biurowy. Nawet ten artykuł powstał na takim darmowym edytorze tekstu.

Płatność a dane osobiste

Sporą grupę stanowią też jednak treści tylko pozornie darmowe, a faktycznie wymagające owej wspomnianej na początku "innej formy płatności". Zazwyczaj tym alternatywnym środkiem płatniczym jest... informacja o nas. Mowa tu o wszystkich serwisach wymagających rejestracji i podania przynajmniej adresu e-mail. To obowiązkowe dane, ale zwykle strony takie wymagają od nas udostępnienia różnych innych informacji, jak np. daty urodzenia, nazwy miejscowości, w której
mieszkamy albo wypełnienia krótkiej ankiety dotyczącej naszych zainteresowań. Oczywiście, nikt tego nie weryfikuje i chyba mało kto pisze prawdę; niemniej intencja jest wyraźna: "powiedz nam coś o sobie w zamian za naszą ofertę". Istnieją także serwisy realizujące tę strategię w dużo bardziej wyszukany i efektywny sposób. Posługują się one różnymi podstępami i wybiegami. Tak konstruują swoją ofertę, żebyśmy nieświadomie podawali jak najwięcej informacji, które mogą okazać się użyteczne z handlowego punktu widzenia. Zaliczają się do nich np. geotagi (którymi możemy oznaczać nasze zdjęcia w serwisach typu Picasa albo Flickr, żeby na mapce obok nasi znajomi mogli zobaczyć, gdzie byliśmy) albo serwis dla fanów latania, który pozwala na wpisywanie do tabelki parametrów każdego odbytego lotu (w zamian udostępniając użytkownikowi mnóstwo niezbędnych statystyk - np. ile razy obleciałby on Ziemię dookoła albo jaką część odległości między Ziemią i Księżycem właśnie pokonał - oraz oferując lanserski banner z informacją o ilości wylatanych kilometrów i godzin, który można wkleić na fora podróżnicze). W takich darmowych serwisach ludzie nie tylko podają dane prawdziwe, ale co najważniejsze - kompletne i na bieżąco aktualizowane. Dla firm zajmujących się badaniem rynku turystycznego takie informacje to prawdziwy skarb. Jeszcze dalej poszli twórcy największego serwisu społecznościowego, który dzięki analizie wszystkich kliknięć, "lajków" i "komciów" aktywnego użytkownika może precyzyjnie określać jego preferencje konsumenckie, a nawet polityczne - co również stanowi niezwykle chodliwy towar. Nic dziwnego, że Facebook nie pozwala na prowadzenie i publikowanie badań naukowych w oparciu o materiały zgromadzone na swoich serwerach.

Win-win

Jak więc widać, dane o nas zbierają i duzi, i mali. Co z tego wynika bezpośrednio dla nas? No cóż, informacje te posłużą najprawdopodobniej do opracowania oferty handlowej lepiej dopasowanej do naszych upodobań, a w najgorszym wypadku - do stworzenia zestawu reklam kontekstowych, które będą się wyświetlać na naszych komputerach. Czyli, w zasadzie - nic strasznego. Sytuacja, na którą mówi się win-win - obie strony wygrywają. Oczywiście, jeżeli komuś przeszkadza, że ktoś zarabia na internetowych przejawach jego zainteresowań, zawsze może z nich zrezygnować. Wizyty na stronach www nie są ani obowiązkowe, ani niezbędne do życia. Przynajmniej na razie ;)